U siebie

Coraz częściej myślę o tym, jak wiele czasu poświęcamy na poprawianie siebie. Swojego wyglądu, ciała, zachowania, decyzji. Na próby dopasowania się do wyobrażenia o tym, jakie powinnyśmy być.

A coraz rzadziej pytamy siebie, jak nam właściwie jest ze sobą.

Przez wiele lat pracowałam ze skórą. I nadal lubię tę pracę. Ale z czasem zaczęło interesować mnie coś więcej niż to, co widoczne.

Przez blisko trzydzieści lat przy moim fotelu spotykałam kobiety w różnym wieku, na różnych etapach życia. Każda przychodziła ze swoją historią, doświadczeniami, potrzebami.

Z czasem coraz wyraźniej rozumiałam, że choć pracuję ze skórą, spotykam przede wszystkim człowieka.

Dziś sama jestem dojrzałą kobietą, z własną historią, doświadczeniem i zmianami, które przynosi życie. I coraz bardziej doceniam to, czego przez te wszystkie lata nauczyły mnie te spotkania. Nie tylko o skórze. Również o kobietach, o życiu i o sobie.

To, w jaki sposób traktujemy siebie. Jak reagujemy na zmiany. Ile dajemy sobie przestrzeni na niewiedzenie, na odpoczynek, na bycie niedoskonałą.

Dzisiaj coraz wyraźniej widzę, że największa zmiana w moim życiu nie zaczęła się w gabinecie.

Zaczęła się w mojej codzienności.

Choć właściwie jej początki były ze mną od dawna.

Od wielu lat podarowuję sobie wczesne poranki.

Lubię wstawać, kiedy świat jeszcze śpi. Kiedy za ścianą panuje cisza, a świat nie domaga się jeszcze mojej uwagi.

Siadam wtedy w fotelu, w przyciemnionym świetle, z kubkiem ciepłej melisy. Bez telefonu, bez pośpiechu, bez potrzeby wypełniania każdej chwili.

Czasami ćwiczę. Czasami otwieram zeszyt i zapisuję kilka zdań. A czasami po prostu siedzę.

W ciszy i własnej obecności.

Słucham swoich myśli. Tego, co we mnie jest. Czego potrzebuję. Co chciałabym dzisiaj sobie podarować.

To mój czas. Nie muszę w nim niczego osiągać ani nikomu niczego udowadniać.

Najpierw jestem dla siebie, żeby później móc być dla świata.

Dla bliskich. Dla kobiet, które spotykam w gabinecie. Dla ludzi, z którymi dzielę codzienność.

Przez wiele lat moje ciało pomagało mi nieść życie, które budowałam.

Dziś uczę się nieść swoje ciało z taką samą troską, z jaką ono niosło mnie.

Uczę się również, żeby ta troska nie kończyła się wraz z porankiem. Żeby była obecna w moich decyzjach, relacjach, pracy, odpoczynku. W sposobie, w jaki traktuję własne potrzeby.

Nie oznacza to, że odrzucam swoje wcześniejsze życie.

Przeciwnie.

Jest we mnie ogromna wdzięczność za wszystko, co zbudowałam, czego się nauczyłam, i za ludzi, których spotkałam po drodze.

Ale coraz bardziej rozumiem, że mogę być wdzięczna za to, co było, i jednocześnie pozwalać sobie na coś innego.

Nie mam gotowych odpowiedzi na wszystkie pytania. I coraz mniej ich potrzebuję.

Tworzę to miejsce, ponieważ chcę pisać.

Dzielić się tym, co obserwuję, czego doświadczam, czego się uczę.

O skórze, którą pielęgnuję. O ciele, którego uczę się słuchać. O codzienności, relacjach, zmianach i o tym, jak łatwo czasem zgubić siebie pośród wszystkiego, co wydaje się ważne.

Nie po to, żeby kogokolwiek naprawiać.

Może po to, żebyśmy częściej przypominały sobie, że nie jesteśmy projektem do nieustannego doskonalenia.

Że nie musimy odchodzić od siebie, żeby gdzieś dojść.

U siebie.

O sposobie, w jaki mieszkasz we własnym życiu.

Skomentuj