Przez wiele lat byłam przekonana, że potrafię o siebie dbać.
I to nie tak, że tylko o tym mówiłam. Naprawdę dbałam. O ciało, o skórę, o rozwój, o swój dobrostan.
Miałam swoje rytuały, praktyki, codzienne małe przyjemności.
Wydawało mi się nawet, że dbam o siebie wyjątkowo dobrze.
Aż przyszedł rok, w którym pewne doświadczenie pokazało mi coś, czego wcześniej nie chciałam albo nie potrafiłam zobaczyć.
Że można robić dla siebie bardzo dużo, a jednocześnie w najprostszych codziennych wyborach stawiać siebie na ostatnim miejscu.
Bo jeszcze ktoś czegoś potrzebuje.
Bo jeszcze coś trzeba zrobić.
Bo przecież mogę poczekać.
I czekałam.
Nie zawsze na wielkie rzeczy. Czasami na zwyczajny posiłek. Na odpoczynek. Na chwilę, w której mogłabym zająć się sobą, zamiast być dostępną dla wszystkich dookoła.
A przecież cały czas mówiłam o dobrostanie.
Dziś widzę, że można odhaczać kolejne punkty z instagramowej listy dbania o siebie i nadal nie być po swojej stronie.
Można mieć piękne rytuały, a nie mieć dla siebie pierwszeństwa we własnym życiu.
To odkrycie przyszło do mnie bardzo namacalnie. Bezkompromisowo.
I nie było wygodne.
Bo musiałam przyznać przed sobą, że nikt inny nie podejmie za mnie codziennych decyzji. Nikt nie wyznaczy za mnie granic. Nikt nie przeżyje za mnie mojego życia.
To ja dokonuję wyborów.
I to ja żyję z ich konsekwencjami.
Nie oznacza to, że odpowiadam za wszystko, co mnie spotyka. Nie mam wpływu na każde wydarzenie ani na wszystkie okoliczności.
Ale mam wpływ na to, czy po raz kolejny odłożę siebie na później.
I chyba właśnie tego nauczył mnie ten rok.
Że prawdziwa troska o siebie nie zawsze wygląda jak kolejny rytuał.
Czasami wygląda jak zwyczajne „nie”.
Jak zjedzony na czas posiłek.
Jak zakończona rozmowa.
Jak odpoczynek bez tłumaczenia się.
Jak decyzja, że moje potrzeby nie muszą czekać, aż wszyscy inni będą zadowoleni.
Teraz ja.
Nie przeciwko komuś.
Nie kosztem innych.
Ale wreszcie również po swojej stronie.
Bo nie chcę już tylko mówić o byciu u siebie.
Chcę naprawdę u siebie mieszkać.

Skomentuj