Przychodzi w życiu taki moment, kiedy tracisz kontakt ze swoim wewnętrznym głosem. Z intuicją, która przez tyle lat Cię prowadziła.
Moment, w którym przestajesz być panią sytuacji. Tracisz kontakt z tym, co Twoje.
Brakuje Ci fundamentu, satysfakcji, znajomych uczuć, w których rozgościłaś się na wiele poprzednich lat.
To był czas znajomy, ciekawy, radosny. Czas, kiedy byłaś u siebie.
Aż nagle opada z Ciebie para. Schodzi powietrze. Pojawia się zwątpienie.
Co jest naprawdę Twoje?
Zaczynasz szukać na zewnątrz. Spełniasz cudze oczekiwania, przeglądasz się w cudzych oczach, bierzesz czyjeś myśli za swoje.
I w pięknym stylu gubisz azymut.
Otwierasz stare rany, reperujesz blizny, szukając nowej siebie w tej starej.
Nie rozumiesz, co się dzieje. Co robić? Gdzie odnaleźć tę część siebie, którą zgubiłaś?
Tę część, która wie. Która zawsze wiedziała. Która w mig odzyskiwała pion, by kroczyć dalej.
W pewnym momencie, pośród tych kompulsywnych poszukiwań, pada pytanie:
Gdybyś miała przedstawić siebie w tym stanie jednym obrazem, co byś na nim zobaczyła?
Odpowiedź przychodzi natychmiast.
A właściwie przychodzi, ale nie pozwalasz sobie jej przyjąć. Bo bezruch, stagnacja i niewiedza są Ci obce.
Na obrazie widzę kobietę. Siebie.
W ciepłym jesiennym słońcu, na skraju lasu, siedzącą na kamieniu.
Nie robi nic.
Siedzi.
Nie obiera grzybów, nie szuka niczego wzrokiem, nie czeka na nikogo.
Siedzi i nawet nie myśli.
Ten obraz był dla mnie poruszający.
Pokazał mi, że nie muszę nic.
Nie muszę szukać odpowiedzi, analizować, działać. Mogę przepuścić przez siebie wszystkie emocje, które były i które są. Bez nazywania. Bez szukania ich źródła.
Cisza.
Nic.
Kiedy ten stan siedzenia na kamieniu został przeze mnie w pełni uznany, zaczęła wyłaniać się droga.
Nowa. Inna. Niczym nienaznaczona.
Bez potrzeby nazywania jej i określania, jaka jest, co przyniesie i dokąd zaprowadzi.
Wspaniałe uczucie. Nie emocja. Uczucie ulgi, w którym pozwalasz sobie nie wiedzieć, dokąd zaprowadzi Cię życie.
Wstajesz z kamienia i idziesz.
Idziesz.
I co niezmiernie w tym ważne — nie musisz na starej sobie budować nowej.
Możesz wziąć za rękę tę znajomą i iść razem w to nieznane.

Skomentuj